Search

Śmiertelnie poważna rocznica

25.01.2013

22 stycznia minęło równo 40 lat od ogłoszenia przez Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wyroku w sprawie Doe v. Bolton.

Wyrok ten, razem z bardziej znanym, w sprawie Roe v. Wade (wydanym również 22 stycznia 1973 r.), zrewolucjonizowały prawną regulację aborcji w USA. Od tego momentu przerywanie ciąży w tym kraju stało się legalne właściwie bez większych ograniczeń, a możliwość jej dokonania została uznana za konstytucyjne prawo każdej kobiety.

Podczas gdy orzeczenie sądu w sprawie Roe v. Wade zniosło ograniczenia przerywania ciąży do momentu, kiedy dziecko osiągnie zdolność przeżycia poza organizmem matki, wyrok w sprawie Doe v. Bolton umożliwił dokonywanie aborcji przez całe 9 miesięcy ciąży, aż do dnia porodu.

Sąd uznał, że aborcja może być przeprowadzona w każdej sytuacji zagrażającej zdrowiu kobiety. Zdrowie zaś zostało zdefiniowane bardzo szeroko i aborcja stała się de facto dostępna na życzenie. Uznano, że wszelkie czynniki dotyczące zdrowia: fizyczne, emocjonalne, psychologiczne, rodzinne, a także związane z wiekiem kobiety mogą stanowić podstawę do przerwania ciąży.

Kim są kobiety, których sprawy doprowadziły do legalizacji aborcji w USA. Jedna z nich to Sandra Cano (pseudonim Mary Doe), a druga to Norma McCorvey (znana jako Jane Roe). Dla wielu wielkim zaskoczeniem może być fakt, że obie w rzeczywistości nie dokonały aborcji, a dziś są jej zagorzałymi przeciwniczkami i poświęciły się działaniom na rzecz ochrony życia ludzkiego. Obie na drodze sądowej próbowały zmienić wyroki, które zapadły 40 lat temu. Bezskutecznie.

Dziś Norma McCorvey komentuje: „Od tamtej pory zabito 50 milionów dzieci (w USA – mój przyp.) Ten ciężar zabiorę ze sobą do grobu”. Zarówno Cano, jak i McCorvey twierdzą, że to, co stanowiło podstawę ich spraw sądowych sprzed 40 lat było jednym wielkim kłamstwem, a one same, zostały zmanipulowane.

Cano wprost mówi, że została wykorzystana – w rzeczywistości szukała tylko pomocy prawnej, aby uzyskać rozwód i odzyskać dzieci będące pod opieką rodzin zastępczych. McCorvey z kolei, niegdyś wieloletnia działaczka proaborcyjna, która w latach 90-tych przeszła całkowitą przemianę, przyznała: „zostałam namówiona (…) aby skłamać, by powiedzieć, że zostałam zgwałcona i chcę dokonać aborcji (…) to było całkowitym kłamstwem”.

Warto o tym pamiętać. Środowiska dążące do legalizacji aborcji w Polsce nie stronią przed manipulacją (vide np. „Agata. Anatomia manipulacji”) czy wykorzystywaniem trudnej sytuacji kobiet (np. Alicja Tysiąc) do osiągnięcia swojego celu. Pozostaje mieć nadzieję, że w Polsce celu tego nie uda im się osiągnąć.

 

brak komentarzy

Czy powinno żyć?

31.08.2012

W dobie coraz bardziej zaawansowanych metod diagnostyki prenatalnej czy, w przypadku zapłodnienia pozaustrojowego – diagnostyki preimpantacyjnej (PID), jesteśmy obserwatorami szczególnego zjawiska. Liczba dzieci, które rodzą się z poważnymi chorobami genetycznymi radykalnie się obniżyła. Dzieje się tak po części wskutek dostępnej aborcji (w przypadku poważnej choroby dziecka legalnej także w Polsce) lub selekcji embrionów przy PID (i w efekcie poddawaniu ich kriokonserwacji bądź niszczeniu).  Takie zjawisko może rodzić negatywne postawy wobec niepełnosprawności i samych chorych.

Amy Julia Becker – pisząca o rodzinie i niepełnosprawności, matka dziewczynki z zespołem Downa (ZD) –  stawia w tym kontekście szereg fundamentalnych pytań (patrz artykuł Why Do Some See My Daughter’s Life As Wrongful?; w wolnym tłumaczeniu „Dlaczego niektórzy widzą życie mojej córki jako nieuprawnione?”).

Czy życie dziecka z poważną chorobą genetyczną ma sens? Czy takie życie jest dla niego jedynie źródłem cierpienia, trudności i smutku? Czy dla rodziców takie dziecko to nadmierne obciążenie wielki trud i cierpienie, którego lepiej byłoby uniknąć? Czy najlepszym rozwiązaniem byłoby, żeby się w ogóle nie narodziło?

Niektórzy na poziomie akademickich rozważań zastanawiają się wprost czy takie dziecko z poważną chorobą genetyczną powinno żyć (zob. książka H. Kuhse i P. Singera Should the Baby Live: The Problem of Handicapped Infants) i argumentują za negatywną odpowiedzią na to pytanie.

Zaskakujące odpowiedzi pochodzą natomiast od głównych zainteresowanych, czyli rodziców dzieci z chorobami genetycznymi i osób chorych. Niedawno opublikowano w piśmie Pediatrics wyniki badań dotyczące doświadczeń rodziców dzieci z trisomią 13 chromosomu (zespół Patau) oraz trisomią 18 chromosomu (zespół Edwardsa) – dwóch poważnych chorób genetycznych, wiążących się ze znacznym stopniem niepełnosprawności i krótkim okresem przeżywalności. 97 % rodziców określiło swoje dzieci jako szczęśliwe, a zdecydowana większość z nich uznała, że opieka nad dzieckiem wzbogaciła ich życie.

Również w przypadku ZD badania opublikowane w American Journal of Medical Genetics pokazują niezwykle pozytywne postawy. Analiza doświadczeń rodziców wykazała, że przeważająca większość z nich jest szczęśliwa z powodu swojej decyzji, aby urodzić dziecko z ZD, a ich dzieci są kochane i są dla nich powodem do dumy. Natomiast prawie wszystkie badane osoby chore na  ZD stwierdziły, że lubią siebie, swój wygląd a swoje życie określiły jako szczęśliwe.

Co jest przyczyną tak zaskakująco pozytywnych doświadczeń zarówno rodziców, jak i samych chorych? Być może jedną z nich jest fakt, że badania te były prowadzone wśród osób korzystających z różnych form poradnictwa lub wsparcia. To z pewnością może być cenną wskazówką, jak radzić sobie z osobami obciążonymi chorobą genetyczną i ich rodzinami.

Zdarzają się jednak postawy skrajnie przeciwne. Wielu rodziców dzieci z chorobami genetycznymi procesuje się z szpitalami i sądy przyznają im zadośćuczynienie za tzw. złe urodzenie dzieci (wrongful birth). Rodzice tacy argumentują, że gdyby wiedzieli o chorobie dziecka nie pozwoliliby mu się urodzić (np. sprawa Ran Zhuang i Ziru Guo rodziców dziewczynki z choroba cri du chat, którzy otrzymali 7 mln $ czy niedawny przypadek małżeństwa Levy, którym urodziła się córka z ZD, a którzy uzyskali kwotę 3 mln $.

Jednak wyniki przedstawionych wyżej badań sugerują, że zgoła inna postawa jest dominująca. Okazuje się również, że takie podejście znajduje nawet całkiem nieoczekiwanych orędowników. Niedawno mała Valentina, dziewczynka z ZD stała się twarzą kampanii reklamowej firmy projektującej modę dziecięcą – DC Kids. Czy to krok w kierunku uznania dzieci z choroba genetyczną za pełnowartościowe? Chcę wierzyć, że tak.

brak komentarzy

Przeciw zasadzie świętości życia

30.07.2012

Tak, zwłaszcza w dyskusjach z osobami nieuznającymi tradycji religijnej, jestem przeciwko używaniu pojęcia – zasada świętości życia. Jestem za to zwolennikiem stosowania określenia nienaruszalność życia, jako znacznie pojemniejszego. Zawiera ono w sobie również wielką tradycję zachodniej cywilizacji sięgającą od starożytnej Przysięgi Hipokratesa, przez poglądy Kanta aż do współczesnych zapisów w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.

Jednak i zasada nienaruszalności życia („ZNŻ”) ma swoich zaciętych antagonistów (m.in. Helga Kühse czy Peter Singer). Jest  przez nich ukazywana jako zasada absolutna, zgodnie z którą nie można – bez wyjątków – pozbawić życia lub pozwolić umrzeć istocie ludzkiej. Kühse i Singer uważają, że nie dopuszcza ona podejmowania decyzji o przedłużaniu bądź skracaniu życia w oparciu o jakiekolwiek rozważania dotyczące jego jakości. Przeciwnicy zarzucają ZNŻ niespójność i twierdzą, że jest etycznie nie do obrony. I trudno się z nimi… nie zgodzić. Z tym że, to co prezentują jako ZNŻ jest jej karykaturą. Można nawet odnieść wrażenie, że świadomie i celowo stosują retoryczny chwyt, aby ukazać ZNŻ jako najbardziej radykalną formę witalizmu, którą można niezwykle łatwo poddać krytyce i odrzucić.

Czy ZNŻ można zatem utożsamić z witalizmem? Owszem, są tacy zwolennicy ZNŻ, którzy uważają, że należy podtrzymywać życie zawsze i wszelkimi dostępnymi sposobami. Konsekwentnie godzą się oni z sytuacją przedłużania naturalnego procesu umierania.

Rzecz w tym, że prawidłowo rozumiana ZNŻ odrzuca witalizm. Zgodnie z nią życie ludzkie jest fundamentalnym dobrem, ale nie jest dobrem absolutnym. ZNŻ nie wymaga aby – bez względu na konkretną sytuację chorego – stosować wszystkie możliwe środki w celu przedłużenia jego życia. Wprost przeciwnie, ZNŻ uznaje granice ludzkiej egzystencji, traktuje śmierć jako naturalny i nieuchronny kres życia i akceptuje to. Zasada ta uznaje, że przedłużanie życia w niektórych sytuacjach byłoby okrucieństwem nie służącym dobru pacjenta (np. dla chorego umierającego czy będącego w terminalnej fazie choroby nowotworowej).

ZNŻ odrzucając jakiekolwiek wartościowanie życia ludzkiego (uznając, że wszyscy ludzie są równi, ale nie w odniesieniu do cech dających się zmierzyć, takich jak cechy fizyczne czy intelektualne, ale są równi w przynależnej im godności), dopuszcza wartościowanie w odniesieniu do konkretnego leczenia czy opieki. Innymi słowy, ZNŻ uznaje, ze każde życie ludzkie jest wartościowe, ale w niektórych sytuacjach leczenie ratujące życie może nie być podejmowane bo nie jest ono dla danego człowieka wartościowe. Dane leczenie może być z kolei uznane za nie mające wartości, gdy nie daje ono uzasadnionych nadziei na poprawę zdrowia albo gdy wiąże się z nadmiernym obciążeniem, takim jak zwiększone cierpienia czy niedogodności.

Idea nienaruszalności życia umożliwia więc odpowiednie podejście do człowieka chorego i podejmowanie tylko takiego leczenia, którego korzyści przewyższają obciążenia lub ryzyka.

brak komentarzy

Co to jest miłość?

05.06.2012

 Zwycięzcą i laureatem Złotej Palmy tegorocznego Festiwalu w Cannes został film Miłość  (Amour) Michaela Honeke. Przedstawia on historię dwojga osiemdziesięciolatków – Georgesa i Anne – emerytowanych nauczycieli muzyki.

Film ten zebrał właściwie same pochlebne recenzje. Jest opisywany jako piękna i wzruszająca historia o miłości wystawionej na ciężką próbę. Jak pisze dystrybutor filmu w Polsce, to opowieść o „sile miłości, czułości i poświęceniu”.

Na czym polega to poświęcenie i jak rozumiana jest tutaj miłość?

Anne, główna bohaterka filmu, przeżywa kilka udarów mózgu i stopniowo popada w coraz głębszą demencję tracąc kontakt z rzeczywistością. George troskliwie się nią opiekuje i z trudem znosi jej nasilające się cierpienia. Pewnie niejedna osoba bardzo się zdziwi, kiedy wybierze sie do kina. Miłość i współczucie Georgesa znajdą bowiem swój ostateczny wyraz w… pozbawieniu żony życia (uduszeniu jej poduszką).

Film prezentuje eutanazję w pozytywnym świetle. Sam reżyser nie kryje, że jest jej zwolennikiem. Otrzymując nagrodę w Cannes, Haneke powiedział publiczności, że film jest ilustracją wzajemnej obietnicy, jaką złożyli sobie z żoną, gdyby znaleźli się w sytuacji podobnej do tej, której doświadczyli bohaterowie filmu.

Reżyser dołączył w ten sposób do grona znanych postaci, które publicznie aprobatywnie mówią o eutanazji (Terry Pratchett, Ray Gosling) i – wszystko na to wskazuje – przygotowują w ten sposób społeczny klimat do wprowadzenia odpowiednich zmian w europejskich systemach prawnych.

Eutanazja jako wyraz miłości, czułości i poświęcenia? Nie dla mnie.

brak komentarzy

Żywienie u kresu życia – czy zawsze wskazane?

13.05.2012

Niedawno ukazała się książka mojego autorstwa To feed or not to feed? Withholding and withdrawing food and fluids at the end of life. Publikacja jest efektem wiedzy i doświadczenia zdobytego podczas studiów na St. Mary’s University College i pracy w St. Christopher’s Hospice.

Książka podejmuje problematykę związaną z zaniechaniem albo zaprzestaniem podawania  klinicznie wspomaganego (sztucznego) żywienia i nawadniania (ang. clinically assisted nutrition and hydration, CANH) u chorych znajdujących się u kresu życia, tj. kiedy śmierci można się spodziewać w ciągu godzin lub dni.

W pierwszej części analizuję aktualną wiedzę medyczną w tym zakresie. Moim celem było znalezienie odpowiedzi na pytanie czy podawanie CANH jest zawsze korzystne dla umierającego pacjenta. Druga część książki z kolei, prezentuje faktyczne stanowisko Kościoła Katolickiego w odniesieniu do rezygnacji z CANH u umierających pacjentów.

Wnioski przełamują stereotypowe myślenie, tak w sprawach klinicznych, jak i etyki katolickiej. Są bowiem sytuacje w których upieranie się przy klinicznie wspomaganym żywieniu i nawadnianiu na koniec życia może powodować więcej szkody niż pożytku. Tę klinicznie potwierdzoną okoliczność w pełni afirmuje Kościół Katolicki i w określonych sytuacjach dopuszcza, a nawet zaleca – co dla wielu może być zaskakujące – rezygnację z CANH.

brak komentarzy

O śmierci bez kokardek

10.05.2012

Niedawno z zainteresowaniem przeczytałam kwietniowy artykuł prof. Jana Hartmana „Przepraszam umieram”.

Zgadzam się z autorem, że śmierć jest dziś tematem tabu. Ludzie często nie chcą i  boją się o niej rozmawiać. Lekarze nierzadko robią wszystko, co tylko możliwe aby odroczyć moment śmierci i przedłużyć życie chorego choćby o kilka chwil. Niemały w tym udział rodzin umierających, które domagają się walki o życie najbliższych za wszelką cenę. Tę cenę – niepotrzebnego zwiększania cierpienia u kresu życia – przychodzi niestety płacić chorym. Ta sytuacja nie podoba się Hartmanowi. Uważa on, że „nadszedł czas, by zdjąć ze śmierci maskę hipokryzji i kokardki dziecinady. Dzięki kulturze bioetycznej, która zapanowała na Zachodzie w ostatnich dziesięcioleciach, mamy jakieś wzorce”.

Jakie wzorce proponuje Polakom krakowski filozof? Chodzi o rozwiązania przyjęte przez kraje Beneluksu.

Podkreśla, że kraje te – wbrew stereotypowej opinii – nie zalegalizowały eutanazji, ale wprowadziły surowe  (w jego opinii) wymagania procedury eutanatycznej i umożliwiły wymiarowi sprawiedliwości odstąpienie – pod pewnymi warunkami – od ścigania przypadków eutanazji. Jako sukces wynikający z ustanowienia takiego prawa prezentowany jest fakt, że ponad 80% dokonywanych eutanazji jest raportowanych władzom, które mają „pewność, że osoby jej poddane naprawdę tego chciały i naprawdę były śmiertelnie chore”.

Od razu nasuwa się pytanie dotyczące pozostałej jednej piątej dokonywanych eutanazji. Można uznać, że w odniesieniu do tych 20% pozbawionych życia ludzi nie można mieć pewności, ani co do tego, że były umierające, jak również, że w ogóle chciały umrzeć! Więcej, można podejrzewać, że osoby te naprawdę tego nie chciały i naprawdę nie były śmiertelnie chore.

W artykule zupełnym milczeniem pominięte są fakty prezentowane w wielu naukowych publikacjach.  Pokazują one, że kontrola eutanazji w Holandii w rzeczywistości spod tej kontroli coraz bardziej się wymyka. Coraz więcej ludzi jest pozbawianych życia pomimo braku wyrażenia takiego żądania albo wbrew swojej woli. Co więcej, podejmowane są próby rozszerzenia dostępności śmierci na życzenie dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, niepełnoletnich czy dzieci  (kilka przykładowych artykułów na ten temat: Cohen-Almagor R., Non-Voluntary and Involuntary Euthanasia in the Netherlands: Dutch Perspectives; Issues in Law and Medicine, 2003; 18, 3: 239-257; Allen M. L., Crossing The Rubicon: The Netherlands’ Steady March Towards Involuntary Euthanasia, Brooklyn Journal of International Law; 31: 535-575; Jochemsen H., Keown J., Voluntary euthanasia under control? Further empirical evidence from the Netherlands, Journal of Medical Ethics, 1999; 25: 16-21).

Hartman twierdzi, że w Polsce „zwały arogancji, ignorancji i hipokryzji” uniemożliwiają prawdziwą dyskusję o umieraniu i radzeniu sobie z nim. Filozof uważa, że ci, którzy określają się jako przeciwnicy eutanazji w rzeczywistości boją się prawdy o niej – „boją się, że jak wyjdzie na jaw istnienie w Polsce eutanazji, to rozpocznie się prawdziwa dyskusja nad tym, jak ją uregulować. Boją się przejścia od porządku mitów i zaklęć do porządku rzeczywistych problemów, których nie rozwiązuje się zaklęciami”. Hartman przyznaje, że nie ma żadnych badań dotyczących eutanazji w Polsce , ale nie przeszkadza mu to jednocześnie uważać że dramatyczny problem eutanazji w Polsce rzeczywiście istnieje i jest szerokim zjawiskiem. Profesor argumentuje, że  powinno ono zostać uregulowane – oczywiście – wzorując się na krajach Beneluksu.

Hartman postuluje rzetelną debatę, ale zanim ona się jeszcze zaczęła  ukazuje ludzi głoszących poglądy inne od jego jako zakłamanych i chcących rozwiązywać poważne problemy etyczne za pomocą zaklęć i mitów i których los chorych w rzeczywistości nie interesuje.

Wydaje się, że dla Profesora jedynie eutanazja ma być potwierdzeniem realnej troski o chorych. O rozwijaniu opieki paliatywnej, poszukiwaniu coraz skuteczniejszych  metod kontrolowania dolegliwości fizycznych i niesienia ulgi w cierpieniu chorym u kresu życia – rozwiązaniach uznanych za właściwe przez część zachodnich państw (jak np. w Wielkiej Brytanii)  nie znajdziemy w artykule nawet wzmianki. Hartman ma rację – „zwały arogancji, ignorancji i hipokryzji” uniemożliwiają prawdziwą dyskusję o umieraniu. Szkoda tylko, że nie widzi ich na własnym podwórku.

brak komentarzy

Pozyskiwanie narządów do transplantacji – polski wzorzec w Wielkiej Brytanii?

19.03.2012

Aktualnie w Wielkiej Brytanii polityka pozyskiwania organów nazywana jest systemem ‘opt in’ (domniemanego sprzeciwu). Oznacza to, że aby zostać dawcą organów należy najpierw zgłosić takie życzenie do centralnego rejestru dawców (Organ Donor Register) lub poinformować rodzinę o swoich preferencjach. Jest to system odwrotny od tego, który obowiązuje w naszym kraju. W Polsce każdy człowiek jest potencjalnym dawcą narządów, chyba że za życia wyrazi swój sprzeciw. Może to nastąpić przez zgłoszenie do Centralnego Rejestru Sprzeciwów, pisemne oświadczenie z własnoręcznym podpisem lub ustne oświadczenie w obecności co najmniej dwóch świadków(system ‘opt – out’ – domniemanej zgody).

Co ciekawe, Brytyjskie Stowarzyszenie Medyczne (British Medical Association, dalej BMA) rekomenduje w dokumencie Building on Progress: Where next for organ donation policy in the UK? wprowadzenie modelu ‘opt-out’, jako najlepszej opcji prowadzącej do zwiększenia liczby dawców i transplantacji.

Różnica pomiędzy systemem jaki obowiązuje w Polsce, a zalecanym przez BMA jest taka, że brytyjska propozycja zawiera tzw. złagodzony system ‘opt-out’ (soft opt-out system lub opt-out system with safeguards). W praktyce oznacza to, że w każdym przypadku przed pobraniem narządów ma miejsce konsultacja z rodziną i procedura może być wstrzymana, gdyby wiązała się ze znacznym obciążeniem psychicznym dla rodziny.

BMA – opierając się na badaniach naukowych – sugeruje, że przy omawianym modelu mamy do czynienia ze zwiększeniem liczby potencjalnych dawców, a więc i wzrostem liczby dokonywanych transplantacji. Warto zwrócić uwagę, że tuż przed publikacją raportu BMA, w czasopiśmie Transplantation, ukazały się najnowsze opracowania badań w tym zakresie. Wyniki pokazują, że nie ma różnicy (lub jest ona niewielka) w liczbie dawców organów przy zastosowaniu systemu domniemanej zgody (‘opt-out’) i systemu domniemanego sprzeciwu (‘opt-in’) (Artykuły dostępne tutaj i tu ).

Model ‘opt out’ budzi jednak nie tylko sygnalizowane wyżej wątpliwości natury praktycznej, ale również wątpliwości etyczne.

Decyzja, aby zostać dawcą organów jest jak najbardziej pożądaną i moralnie pozytywną. Jest to niezwykle hojny dar i wyraz altruizmu. Zgoda na oddanie swoich narządów do przeszczepu powinna być jednoznacznie dobrowolna, autonomiczna i świadoma (ang. informed consent, świadoma zgoda). W praktyce oznacza to, że musi opierać się na rozumieniu faktów i przyszłych skutków podejmowanego działania. Aby możliwe było wyrażenie świadomej zgody, osoba zainteresowana musi mieć odpowiednie zdolności rozumowania i być w posiadaniu wszystkich istotnych informacji.

W przypadku systemu domniemanej zgody (‘opt out’) nie ma mowy ani o relacji daru ani o wyrażaniu jakiejkolwiek zgody. Brak wyrażenia sprzeciwu wcale nie jest równoznaczny ze zgodą, a tym bardziej ze świadomą decyzją oddania swoich narządów w darze dla innych (co ciekawe wśród zwolenników tego systemu unika się mówienia o modelu opartym na domniemanej zgodzie – już sama nazwa sugeruje bowiem, że domniemana zgoda z tą prawdziwą, świadomą zgodą ma niewiele wspólnego). System, który opiera się na domniemanej zgodzie zakłada, że każdy człowiek posiada odpowiednie informacje,  rozumie je i może w każdym momencie wyrazić swój sprzeciw wobec oddania narządów do transplantacji. To założenie odnosi się jednak tylko do świata idealnego i w praktyce może okazać się bardzo problematyczne.

Wyraźnie więc  widać, że system domniemanej zgody działa na korzyść szeroko pojętego środowiska transplantacyjnego (z beneficjentami organów w pierwszej kolejności). Może się zdarzyć, że kosztem dobrowolnej, autonomicznej i świadomej zgody dawców organów. Nie jest sprawą oczywistą, że dobro transplantologii jest ważniejsze od autonomii dawcy organów wyrażającej się poprzez udzielenie tzw. świadomej zgody (informed consent). Wątpliwości tej nie posiadał jednak polski prawodawca i wydaje się, że przestało je posiadać BMA.

brak komentarzy

Zabijanie niemowląt logiczną konsekwencją dopuszczalności aborcji?

06.03.2012

Jedno z czołowych czasopism bioetycznych – Journal of Medical Ethics (JME) opublikowało niedawno artykuł Alberto Giubiliniego i Francesci Minervy, który wzbudził olbrzymie kontrowersje i wywołał burzliwą dyskusję.

W swojej publikacji  „Aborcja po narodzinach: dlaczego dziecko powinno żyć?” (After-birth abortion: why should the baby live?) autorzy argumentują, że zabijanie noworodków  powinno być dozwolone we wszystkich sytuacjach, kiedy dozwolona jest aborcja, wliczając w to również przypadki, gdy dzieci są w pełni zdrowe.

Autorzy  twierdzą, że te same powody, które racjonalizują aborcję, a pojawiają się już po narodzinach dziecka, uzasadniają i usprawiedliwiają również uśmiercanie noworodków. Celowo stosują nazwę „aborcja po narodzinach” zamiast „dzieciobójstwa”, aby podkreślić, że nie ma dla nich żadnej różnicy między statusem moralnym przynależnym płodowi a tym przynależnym noworodkowi.

Giubilini i Minerva argumentują, że zabijanie nie tylko chorych, ale również w pełni zdrowych dzieci powinno być dozwolone, ponieważ noworodek (tak jak i płód) nie jest osobą. Przekonują, że zabijając noworodka nie może być mowy o wyrządzeniu mu krzywdy, bo w ten sposób uniemożliwia się mu „tylko” wykorzystanie jego potencjału do stania się osobą. Ich zdaniem, sam fakt bycia istotą ludzką nie implikuje prawa do życia. Takie prawo daje dopiero bycie osobą. Osobą zaś – wedle autorów – istota ludzka staje się dopiero wtedy, gdy osiąga zdolność przyporządkowania swojej egzystencji pewnej (przynajmniej) podstawowej wartości, którą – w przypadku jej pozbawienia – traktowałaby jako stratę.

Włoscy bioetycy twierdzą, że decyzja o tym, czy noworodek powinien żyć czy nie, należy do tych, którzy już są osobami (jak np. rodzice, rodzeństwo, przedstawiciele społeczeństwa), a których dobrostan może być zagrożony (poprzez konieczność poświęcania energii, pieniędzy, opiekowania się) przez nowonarodzone, nawet zdrowe, dziecko.

Artykuł wzbudził falę krytyki. Publikacji towarzyszyły (i towarzyszą) silne emocje, a nawet werbalne ataki na autorów. W ich obronie stanął redaktor naczelny JME – Prof. Julian Savulescu, który na swoim blogu podkreślił, że poglądy prezentowane przez Giubiliniego i Minervę nie są niczym nowym. Savulescu przypomniał, że podobne twierdzenia były już prezentowane przez takich filozofów i bioetyków jak Peter Singer, Michael Tooley czy John Harris. Jednocześnie zaznaczył, że celem JME nie jest pokazywanie prawdy czy promowanie jednej wizji moralnej, ale prezentowanie „poprawnej rozumowej argumentacji opartej na szeroko akceptowanych założeniach”. „Autorzy prowokująco twierdzą, że nie ma moralnej różnicy między płodem a noworodkiem” – pisze Savulescu. I dodaje „(…) Jeśli aborcja jest dopuszczalna, to również dzieciobójstwo powinno być dozwolone. Autorzy, prowadząc logiczny wywód bazujący na założeniach akceptowanych przez wielu ludzi, dochodzą do wniosków, które jednak wielu z nich odrzuca.”

Rzeczywiście trudno się z takim argumentem nie zgodzić. Nie sposób też odmówić Giubiliniemu i Minervie logicznego myślenia, konsekwencji i spójności poglądów. Nie przyznanie płodowi prawa do życia wymaga w konsekwencji odmówienia tego prawa również noworodkowi. To z kolei pokazuje, że przyjęcie jakiejkolwiek granicy czasowej uznawalności istoty ludzkiej za podmiot praw (w tym przyznania jej prawa do życia) innej niż moment jej poczęcia, będzie zawsze arbitralne i sztuczne. Uznanie, że będzie to 12, 24 czy którykolwiek inny tydzień życia, moment narodzenia, czy – jak chcą autorzy przedmiotowego artykułu – nabycia pewnych określonych zdolności rozumowych, jest tylko przyjęciem pewnej konwencji.

Warto zauważyć, że część osób zbulwersowanych prezentowanym w komentowanym artykule stanowiskiem, w rzeczywistości podziela wizję włoskich bioetyków w kwestii wartości ludzkiego życia i zgody na aborcję. Z jakichś względów nie chcą (lub nie potrafią) spojrzeć szerzej na wynikające z tych przekonań konsekwencje. Publikacja Giubiliniego i Minervy może stać się okazją do przemyślenia i może nawet przewartościowania tych poglądów.

Jak już pisałam, „idee bioetyczne mają swoje bardzo praktyczne konsekwencje”. Bez względu na to, za jakim stanowiskiem etycznym ktoś się opowiada, powinien uczciwie i konsekwentnie wyciągać wnioski z głoszonych przez siebie przekonań.

 

 

komentarzy: 1

Elektywna wentylacja w transplantologii – o jeden krok za daleko?

04.03.2012

Brytyjskie Stowarzyszenie Medyczne (British Medical Association, dalej BMA) w niedawno opublikowanym dokumencie Building on Progress: Where next for organ donation policy in the UK? przedstawia szereg propozycji mających na celu zwiększenie liczby dawców organów do transplantacji w Wielkiej Brytanii.

Nie brakuje tam propozycji kontrowersyjnych. Jedną z nich jest stosowanie elektywnej wentylacji.

Krótko opiszę jej istotę. W przypadku normalnej procedury pobierania narządów do transplantacji u pacjentów sztucznie wentylowanych, u których stwierdzono śmierć pnia mózgu, nie od razu odłącza się ich od respiratora, ale kontynuuje sztuczną wentylację, aby umożliwić rodzinie pożegnanie oraz pobrać organy.

Elektywna wentylacja tym różni się od opisanej sytuacji, że u chorego, u którego rozpoznano zbliżającą się śmierć rozpoczyna się sztuczną wentylację. Innymi słowy, kiedy pacjent wchodzi w proces umierania podłącza się go do respiratora. Jednak powodem tej czynności nie jest próba ratowania bądź przedłużania życia, ale chęć podtrzymania krążenia krwi przez narządy, aby możliwe było ich pobranie do transplantacji. To oznacza, że działanie podejmowane jest wyłącznie w celu utrzymania przydatności narządów umierającego człowieka do późniejszych przeszczepów.

BMA podaje, że takie rozwiązanie stosowane było w późnych latach 80-tych XX wieku w Exeter i zwiększyło podaż organów o 50%. Praktyka ta została jednak przerwana w 1994, kiedy brytyjskie Ministerstwo Zdrowia uznało ją za nielegalną.

Ta propozycja budzi sporo wątpliwości. Elektywna wentylacja de facto uniemożliwia naturalną śmierć. Poza medykalizacją procesu umierania, procedura ta powoduje, że rodzina nie może towarzyszyć pacjentowi w ostatnich momentach jego życia.

Elektywna wentylacja nie jest podejmowana dla dobra chorego, które jest jednym z głównych celów medycyny, ale dla dobra innych – potencjalnych biorców narządów (choć BMA argumentuje, że jeśli dana osoba za życia stwierdziła, że chce oddać swoje narządy do transplantacji, to podłączenie jej do respiratora przed śmiercią w celu późniejszego pobrania organów mogłoby być traktowane jako działanie dla dobra chorego, a przynajmniej jako niesprzeczne z jego najlepiej pojętym dobrem).

To jednak, co budzi największe kontrowersje to fakt, że zastosowanie elektywnej wentylacji może doprowadzić do wzbudzenia u pacjenta stanu wegetatywnego. Wtedy pobranie narządów od takiego chorego oznaczałoby, ze dawcą narządów jest człowiek, który wciąż żyje. Co więcej znajduje się w relatywnie stabilnej kondycji zdrowotnej mogącej trwać wiele lat.

Wydaje się, że chcąc zwiększyć liczbę transplantacji BMA posuwa się jednak o krok za daleko.

brak komentarzy

Anscombe Bioethics Centre

17.02.2012

Centrum bioetyczne, jeszcze do niedawna znane jako Linacre Centre for Healthcare Ethics, w 2010 roku zmieniło nie tylko swoją nazwę, ale i siedzibę przenosząc się z Londynu do Oksfordu. Anscombe Bioethics Centre związało się tym samym z ośrodkiem naukowym na najwyższym światowym poziomie. Dyrektorem centrum został Dr David Albert Jones.

Instytucja wzięła swoją nazwę od nazwiska Elizabeth Anscombe, brytyjskiej myślicielki i filozof – studentki  Wittgensteina, znanej z debat z CS Lewisem,  wykładowcą na Uniwersytetach w Oksfordzie i Cambridge. Anscombe zajmowała się również (bio)etyką i była znana z poglądów broniących życia.

Anscombe Bioethics Centre jest czołowym, katolickim ośrodkiem naukowym zajmującym się bioetyką. Organizuje konferencje, wykłady i seminaria. Mocno angażuje sie w debaty bioetyczne i różnego rodzaju konsultacje. Tytułem przykładu, ostatni cykliczny wykład (Anscombe Memorial Lecture) wygłosił światowej sławy profesor prawa – Robert P. George, określany mianem najbardziej wpływowego amerykańskiego myśliciela konserwatywnego (o tym wykładzie napiszę w najbliższej przyszłości).

Naprawdę warto zaglądać na stronę centrum i śledzić bieżące wydarzenia, informacje oraz publikacje.

 

 

brak komentarzy
« Older Posts


  • KATEGORIE:

  • Treści zawarte w serwisie mają charakter wyłącznie informacyjny i popularyzują wiedzę na tematy bioetyczne.

    Sformułowane poglądy wyrażają jedynie stanowisko autora i nie mają żadnego związku z poglądami podmiotów z którymi autor współpracuje lub współpracował.